Nienawidzę zimy.
Budzę się i po czterech godzinach robi się ciemno. Nie zostało już nic z dnia - pozostaje tylko położyć się i czekać na śmierć.
Odechciewa się czegokolwiek.
Po letniej beztrosce pozostaje tylko odległe wspomnienie.
Bez ciepłych pocałunków słońca na mojej twarzy czuję się beznadziejnie samotnie.
Świat zamarza, a mimo to nadal nie jesteśmy w Krainie Lodu, w świecie logiki "tak-nie".
Nie można stwierdzić z całą pewnością: kocha albo nie kocha, chce albo nie chce, uda się albo nie uda się. Wiszę w przestrzeni rzeczy niedokonanych, tego, co może być, ale czego nie ma, miliony możliwości - żadna nie istnieje, dopóki nie stanie się teraźniejszością.
Nienawidzę zimy, naprawdę. Szczerze i z całego serca. Gdyby była osobą, znęcałabym się nad nią tak długo, aż nie miałabym pewności, że już nigdy nie wróci. Chyba brak możliwości uczynienia tego frustruje jeszcze bardziej.
Słońce - chyba jedyne, co kocham na tym świecie prawdziwie, bezapelacyjnie i całą sobą, znika. Będę trząść się z zimna w pełnej ludzi sali, a jednak samotnie, i wspominać czas, kiedy wszystko było obiecujące, słodkie i cudowne.