poniedziałek, 28 marca 2011

start a fire

latarnie zgniłozielone
nie, stukostrachozielone
tak, właśnie tak
a powietrze pachnie dymem
the city's on fire, burning to the ground

środa, 23 marca 2011

fade to black

czasem zaczynam naprawdę nienawidzić siebie. a czasem świata. a czasem jednego i drugiego.
dzisiaj akurat świeci słońce, więc na razie skupię się na autodestrukcji.

niedziela, 13 marca 2011

aus der asche

żegnaj, zimowa depresjo i melancholio, witaj wiosno!
pełna jestem afirmacji życia i nadziei, teraz może być już tylko lepiej!

sobota, 12 marca 2011

secrets

Znowu to samo. Wystarczyło, że Fmina opowiedziała mi kilka legend ze swoich okolic, i już zamieniam się w podekscytowaną, małą dziewczynkę, która napala się na upiory, strzygi i seryjnych morderców.
Straszna ze mnie mitomanka. Czasem zastanawiam się, czy moi najbliżsi traktują mnie przez to z dobrze ukrywanym przymrużeniem oka, ale... świadomość szarości świata i braku czegokolwiek fascynującego i niecodziennego chyba by mnie zabiła.

czwartek, 3 marca 2011

gdy rozum śpi...

Właśnie skończyłam rozmowę z pewnym panem, który pisząc zupełnie bez ładu i składu (argumentując, że jego interpunkcja i ortografia nie obowiązują, bo on ma zaświadczenie z poradni psychologiczno-pedagogicznej, a kiedy pisze w wordzie, zaczyna snuć teologiczne dywagacje na temat każdego słowa) koniecznie chciał się pokłócić na temat religii.
Co ciekawe, jego zdaniem "życie bez boga jest pójściem na łatwiznę, bo nie ma w nim obowiązków".
Jak to nie ma? Czy każdy kolejny dzień nie jest pełnym obowiązków wyznaniem? Czy ukończenie szkoły nie jest obowiązkiem? Zarabianie na życie? Lojalność wobec innych? Wychowywanie dzieci? Płacenie podatków? Widocznie zdaniem tego pana, wszystko to jest niczym w porównaniu do obowiązku coniedzielnego klękania na kamiennych schodkach i pozwalaniu człowiekowi w długiej, czarnej sukni, na wkładanie sobie do rozwartych w głupawym grymasie ust pokropionego wodą andruta. Według tego pana, codzienne klepanie paciorków i wysypywanie księdzu swoich grzeszków jak wręczanie urzędasowi niskiej rangi taniej łapówki świadczy o jakiejś odpowiedzialności życiowej.
Mało! Według niego człowiek, który nie wierzy, jest niczym więcej, jak reproduktorem. Moi mili, może już czas przestać się łudzić, że jesteśmy uberistotami wyższymi, tak bardzo lepszymi od zwierząt? To, że wykształciliśmy pewną cywilizację, kulturę i technologię nie oznacza wcale, że utraciliśmy naturalny instynkt do przekazywania naszych genów, co jest celem naszego istnienia. Po co się oszukiwać, myśląc, że zostaliśmy powołani do jakichś wyższych celów? Żeby się rozczarować, kiedy okaże się, że po śmierci nie ma nic (chociaż w tym wypadku trudno mówić o rozczarowaniu)? Dziękuję, ja wysiadam.
Innym przytoczonym przez tego pana argumentem na istnienie boga i na to, że należy wierzyć, są cuda eucharystyczne. Dobra, wszystko super - na mszy hostia zamieniła się w ludzkie mięso, a wino w krew. Według katolickiej interpretacji świadczy to niezachwianie o boskiej ingerencji. W porządku, ale pozwólcie, że spytam - skoro mógł to zrobić bóg/Jezus, to dlaczego nie Rogata Patelnia Zagłady, chcąca się pośmiać z naiwnie wierzących we wszystko ludzi? Dlaczego nie Latający Potwór Spaghetti? Dlaczego nie Niewidzialny Różowy Jednorożec?
Dlaczego żadna z osób badających to zjawisko nie dopuściła do myśli, że może to być zwyczajnie spowodowane silnym skupieniem myśli dużej ilości osób na stosunkowo małej przestrzeni (tak, wierzę, że energia i myśl mają moc sprawczą)?
Jakże byłoby pięknie na świecie, gdyby ludzie potrafili dopuszczać do siebie coś więcej, niż tylko jedno ogólnie przyjęte rozwiązanie czegoś niewyjaśnionego.
W odpowiedzi na twierdzenie, że niewierzący mają łatwiej.
Tak, mają łatwiej, szczególnie wtedy, kiedy całe ich życie sypie się w gruzy, a oni i tak mają odwagę pracować na jego odbudowanie, zamiast przywdziewać pokutne szaty i błagać boga o ratunek (który nie przyjdzie).
Tak, mają łatwiej, szczególnie wtedy, kiedy umierają, a jednak muszą pogodzić się z myślą, że po śmierci nastąpi zupełny koniec.
Tak, mają łatwiej, szczególnie wtedy, kiedy wiedzą, że sukcesu i szczęścia nie da się wymodlić - trzeba na niego zapracować.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich omamionych kijem i marchewką - może kiedyś dostrzeżecie, że to nie jedyna droga.