wtorek, 15 kwietnia 2014

00

Liczby i rytuały pomagają mi ostatnio trzymać swoją rzeczywistość w ryzach. Ilość przeczytanych książek, ilość obejrzanych odcinków serialu, ilość punktów doświadczenia w grze, ilość wypitych szklanek wody, ilość zjedzonych kalorii, ilość wykonanych powtórzeń, ilość zrealizowanych zadań. Wszystko musi się zgadzać, wszystko musi chodzić jak w zegarku. Wtedy ja też chodzę jak w zegarku. Tak jakby. Idealnym porządkiem w pokoju próbuję wpłynąć na idealny porządek w mojej głowie.
W ostrym świetle sklepowej przymierzalni wydaję się sobie paskudna, tak paskudna, jak napuchnięta topielica na bagnach, mam wrażenie, że tłuszcz wylewa się z każdej komórki mojego ciała i cała nim cuchnę.
Polewam nogi lodowatą wodą tak długo, aż prawie tracę w nich czucie, jakby to miało zabić w nich wszystkie niepotrzebne tkanki.
Wspinam się po wyimaginowanych, maszynowych schodach na siłowni tak długo, aż prawie omdlewam, jakby cała autonienawiść mogła ze mnie wyparować wraz z potem.
Drapię twarz do krwi, tak jakbym mogła w ten sposób pozbyć się każdej najdrobniejszej skazy.

Ma to i swoje dobre strony. Prokrastynacja przestaje być prawdziwym wrogiem - przeistacza się raczej w natrętną muchę, którą trudno odgonić, ale nie stanowi realnego zagrożenia.
Udowadniam sobie, że coś potrafię, że istnieje coś, nad czym mam minimalną kontrolę.
Na razie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz