Liczby i rytuały pomagają mi ostatnio trzymać swoją rzeczywistość w ryzach. Ilość przeczytanych książek, ilość obejrzanych odcinków serialu, ilość punktów doświadczenia w grze, ilość wypitych szklanek wody, ilość zjedzonych kalorii, ilość wykonanych powtórzeń, ilość zrealizowanych zadań. Wszystko musi się zgadzać, wszystko musi chodzić jak w zegarku. Wtedy ja też chodzę jak w zegarku. Tak jakby. Idealnym porządkiem w pokoju próbuję wpłynąć na idealny porządek w mojej głowie.
W ostrym świetle sklepowej przymierzalni wydaję się sobie paskudna, tak paskudna, jak napuchnięta topielica na bagnach, mam wrażenie, że tłuszcz wylewa się z każdej komórki mojego ciała i cała nim cuchnę.
Polewam nogi lodowatą wodą tak długo, aż prawie tracę w nich czucie, jakby to miało zabić w nich wszystkie niepotrzebne tkanki.
Wspinam się po wyimaginowanych, maszynowych schodach na siłowni tak długo, aż prawie omdlewam, jakby cała autonienawiść mogła ze mnie wyparować wraz z potem.
Drapię twarz do krwi, tak jakbym mogła w ten sposób pozbyć się każdej najdrobniejszej skazy.
Ma to i swoje dobre strony. Prokrastynacja przestaje być prawdziwym wrogiem - przeistacza się raczej w natrętną muchę, którą trudno odgonić, ale nie stanowi realnego zagrożenia.
Udowadniam sobie, że coś potrafię, że istnieje coś, nad czym mam minimalną kontrolę.
Na razie.
Międzynarracje
wtorek, 15 kwietnia 2014
wtorek, 12 listopada 2013
Brace yourselves
Nienawidzę zimy.
Budzę się i po czterech godzinach robi się ciemno. Nie zostało już nic z dnia - pozostaje tylko położyć się i czekać na śmierć.
Odechciewa się czegokolwiek.
Po letniej beztrosce pozostaje tylko odległe wspomnienie.
Bez ciepłych pocałunków słońca na mojej twarzy czuję się beznadziejnie samotnie.
Świat zamarza, a mimo to nadal nie jesteśmy w Krainie Lodu, w świecie logiki "tak-nie".
Nie można stwierdzić z całą pewnością: kocha albo nie kocha, chce albo nie chce, uda się albo nie uda się. Wiszę w przestrzeni rzeczy niedokonanych, tego, co może być, ale czego nie ma, miliony możliwości - żadna nie istnieje, dopóki nie stanie się teraźniejszością.
Nienawidzę zimy, naprawdę. Szczerze i z całego serca. Gdyby była osobą, znęcałabym się nad nią tak długo, aż nie miałabym pewności, że już nigdy nie wróci. Chyba brak możliwości uczynienia tego frustruje jeszcze bardziej.
Słońce - chyba jedyne, co kocham na tym świecie prawdziwie, bezapelacyjnie i całą sobą, znika. Będę trząść się z zimna w pełnej ludzi sali, a jednak samotnie, i wspominać czas, kiedy wszystko było obiecujące, słodkie i cudowne.
Budzę się i po czterech godzinach robi się ciemno. Nie zostało już nic z dnia - pozostaje tylko położyć się i czekać na śmierć.
Odechciewa się czegokolwiek.
Po letniej beztrosce pozostaje tylko odległe wspomnienie.
Bez ciepłych pocałunków słońca na mojej twarzy czuję się beznadziejnie samotnie.
Świat zamarza, a mimo to nadal nie jesteśmy w Krainie Lodu, w świecie logiki "tak-nie".
Nie można stwierdzić z całą pewnością: kocha albo nie kocha, chce albo nie chce, uda się albo nie uda się. Wiszę w przestrzeni rzeczy niedokonanych, tego, co może być, ale czego nie ma, miliony możliwości - żadna nie istnieje, dopóki nie stanie się teraźniejszością.
Nienawidzę zimy, naprawdę. Szczerze i z całego serca. Gdyby była osobą, znęcałabym się nad nią tak długo, aż nie miałabym pewności, że już nigdy nie wróci. Chyba brak możliwości uczynienia tego frustruje jeszcze bardziej.
Słońce - chyba jedyne, co kocham na tym świecie prawdziwie, bezapelacyjnie i całą sobą, znika. Będę trząść się z zimna w pełnej ludzi sali, a jednak samotnie, i wspominać czas, kiedy wszystko było obiecujące, słodkie i cudowne.
poniedziałek, 28 października 2013
Consolation
W związku z nadchodzącym "świętem" coraz bardziej (jak zresztą co roku w tym okresie) rzuca mi się przedziwny kult i przywiązanie do szczątek doczesnych.
Przyznam, że jest mi to całkowicie obce i zdaje się dziwacznym - ustają funkcje mózgu, koniec, nie ma człowieka. Tymczasem coraz częściej słyszę wokół siebie teksty o zafundowaniu dziadkowi nowego pomnika, bo stary taki brzydki, że aż wstyd, o przeniesieniu jakiemuś krewnemu grobu w lepszą (sic!) część cmentarza - jak również z drugiej strony o tym, gdzie kto chce zostać pochowany i co chce mieć napisane na nagrobku. Seriously?
Rozumiem (no dobra, prawie) oczywiście, że niektórzy wierzą w jakieś życie pozagrobowe, nieba, piekła, zombie zmartwychwstania - ale czy naprawdę ludziom wydaje się, że udręczona w piekle tudzież radująca się niebiańskimi rozkoszami dusza poświęci chociaż jedną myśl (czy można myśleć bez mózgu?) temu, gdzie spoczywają jej stare kości i rozkładające się mięso? Czy po dostąpieniu oświecenia takie przyziemne sprawy nadal mają znaczenie?
Samo ciśnie się na usta - to dla żywych ta cała szopka, dla pocieszenia, dla wytłumaczenia sobie tego, czego umysł nie ogarnia, dla zabłyśnięcia w oczach rodziny i sąsiadów. Na to wydawane są grube pieniądze - na wytwór fanaberii, na chęć pokazania się, na zagłuszenie wyrzutów sumienia - skoro byłem dla dziadka niedobry dla życia, to jebnę mu pomnik, niech ma.
Wracając jeszcze do wiary w zmartwychwstanie - podobno niektórzy katolicy są przeciwni kremacji, bo wtedy nie będą mogli zostać ożywieńcami. Czy jednak dla ich wszechmogącego boga to naprawdę taka wielka różnica, czy tworzy na nowo człowieka z prochów, czy dorabia na nowo tkanki do wysuszonych kości? Czy może umarli wstaną z grobów w tej właśnie postaci, w jakiej akurat się znajdują - jako nagie szkielety, gnijące mięso, zarobaczone resztki? Urocza wizja.
Przyznam, że jest mi to całkowicie obce i zdaje się dziwacznym - ustają funkcje mózgu, koniec, nie ma człowieka. Tymczasem coraz częściej słyszę wokół siebie teksty o zafundowaniu dziadkowi nowego pomnika, bo stary taki brzydki, że aż wstyd, o przeniesieniu jakiemuś krewnemu grobu w lepszą (sic!) część cmentarza - jak również z drugiej strony o tym, gdzie kto chce zostać pochowany i co chce mieć napisane na nagrobku. Seriously?
Rozumiem (no dobra, prawie) oczywiście, że niektórzy wierzą w jakieś życie pozagrobowe, nieba, piekła, zombie zmartwychwstania - ale czy naprawdę ludziom wydaje się, że udręczona w piekle tudzież radująca się niebiańskimi rozkoszami dusza poświęci chociaż jedną myśl (czy można myśleć bez mózgu?) temu, gdzie spoczywają jej stare kości i rozkładające się mięso? Czy po dostąpieniu oświecenia takie przyziemne sprawy nadal mają znaczenie?
Samo ciśnie się na usta - to dla żywych ta cała szopka, dla pocieszenia, dla wytłumaczenia sobie tego, czego umysł nie ogarnia, dla zabłyśnięcia w oczach rodziny i sąsiadów. Na to wydawane są grube pieniądze - na wytwór fanaberii, na chęć pokazania się, na zagłuszenie wyrzutów sumienia - skoro byłem dla dziadka niedobry dla życia, to jebnę mu pomnik, niech ma.
Wracając jeszcze do wiary w zmartwychwstanie - podobno niektórzy katolicy są przeciwni kremacji, bo wtedy nie będą mogli zostać ożywieńcami. Czy jednak dla ich wszechmogącego boga to naprawdę taka wielka różnica, czy tworzy na nowo człowieka z prochów, czy dorabia na nowo tkanki do wysuszonych kości? Czy może umarli wstaną z grobów w tej właśnie postaci, w jakiej akurat się znajdują - jako nagie szkielety, gnijące mięso, zarobaczone resztki? Urocza wizja.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)