W związku z nadchodzącym "świętem" coraz bardziej (jak zresztą co roku w tym okresie) rzuca mi się przedziwny kult i przywiązanie do szczątek doczesnych.
Przyznam, że jest mi to całkowicie obce i zdaje się dziwacznym - ustają funkcje mózgu, koniec, nie ma człowieka. Tymczasem coraz częściej słyszę wokół siebie teksty o zafundowaniu dziadkowi nowego pomnika, bo stary taki brzydki, że aż wstyd, o przeniesieniu jakiemuś krewnemu grobu w lepszą (sic!) część cmentarza - jak również z drugiej strony o tym, gdzie kto chce zostać pochowany i co chce mieć napisane na nagrobku. Seriously?
Rozumiem (no dobra, prawie) oczywiście, że niektórzy wierzą w jakieś życie pozagrobowe, nieba, piekła, zombie zmartwychwstania - ale czy naprawdę ludziom wydaje się, że udręczona w piekle tudzież radująca się niebiańskimi rozkoszami dusza poświęci chociaż jedną myśl (czy można myśleć bez mózgu?) temu, gdzie spoczywają jej stare kości i rozkładające się mięso? Czy po dostąpieniu oświecenia takie przyziemne sprawy nadal mają znaczenie?
Samo ciśnie się na usta - to dla żywych ta cała szopka, dla pocieszenia, dla wytłumaczenia sobie tego, czego umysł nie ogarnia, dla zabłyśnięcia w oczach rodziny i sąsiadów. Na to wydawane są grube pieniądze - na wytwór fanaberii, na chęć pokazania się, na zagłuszenie wyrzutów sumienia - skoro byłem dla dziadka niedobry dla życia, to jebnę mu pomnik, niech ma.
Wracając jeszcze do wiary w zmartwychwstanie - podobno niektórzy katolicy są przeciwni kremacji, bo wtedy nie będą mogli zostać ożywieńcami. Czy jednak dla ich wszechmogącego boga to naprawdę taka wielka różnica, czy tworzy na nowo człowieka z prochów, czy dorabia na nowo tkanki do wysuszonych kości? Czy może umarli wstaną z grobów w tej właśnie postaci, w jakiej akurat się znajdują - jako nagie szkielety, gnijące mięso, zarobaczone resztki? Urocza wizja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz