Zastanawiałam się, skąd we mnie tyle lęku, nerwów, strachu i niepewności. Kiedyś byłam nietykalna - mogło się walić i palić, a ja pozostawałam niewzruszona niczym głaz - cokolwiek się nie działo, zawsze była na to gotowa odpowiedź: nie mam już na to wpływu, nie ma sensu się przejmować, chuj z tym.
Doszłam do wniosku, że nie chcę do tego wracać. Było łatwiej, to prawda. Ale był to czas prawie całkowitej stagnacji - bawimy się i marnujemy czas. Umiałam pogodzić się z myślą, że mogę skończyć pod jakimś mostem z brudną igłą w żyle - w przypadku artystów to chyba nawet nikogo nie dziwi. Dryfując na morzu możliwości, dawałam się rzucać falom gdziekolwiekbądź, bez żadnego planu, bez żadnej kontroli.
Swoista rezygnacja, jakaś doza cynizmu - i tak się nie uda, marzenia się nie spełniają, po co się martwić.
Co stało się po drodze? Tak naprawdę nie mam pojęcia - pewnie był to jakiś proces, może konkretne wydarzenie. W efekcie każdy dzień to walka z nerwami i lękami.
Myślałam, że to straszne, ale... chyba wolę to niż popadanie w gnuśność i obojętność. Lęk jest znakiem, że mi zależy, lęk jest motywatorem, lęk jest mobilizacją.
Mam dla kogo stawać się doskonałą. Będę walczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz