Pamiętasz, jak byłyśmy (nie, nie użyję słowa "młode", nadal jesteśmy młode) już prawie dorosłymi nastolatkami o głowach wypełnionych najbardziej szalonymi marzeniami i pomysłami? Warszawa, Creazzo, Paryż, wszystko leżało u naszych stóp, chodziłyśmy po ulicach jak władczynie świata, złośliwie komentując rzeczywistość i wyśmiewając napotykane zjawiska. Zaglądałyśmy mijanym mężczyznom głęboko w oczy i wiedziałyśmy, że każdy może być nasz; rechotałyśmy, kiedy zapatrzeni na nas, speszeni tym wzrokiem potykali się o własne nogi. Byłyśmy niezniszczalne i dopóki byłyśmy razem, nic nie mogło nas dotknąć - nic, poza demonami tkwiącymi w nas samych, ale po to miałyśmy przecież siebie nawzajem.
A teraz zagryzamy zęby z frustracji i osuwamy się powoli coraz bardziej w nasze własne małe stany zawieszenia. Płaczemy, bo kochamy zbyt mocno, płaczemy, bo zżera nas ambicja zbyt wielka na nasze siły, płaczemy, bo coraz mniej rozumiemy, co dzieje się wokół i mimo że otoczone tysiącem ludźmi, mimo że nadal mające siebie nawzajem - z dnia na dzień stajemy się coraz bardziej samotne.
Trudno powiedzieć, co się tak naprawdę zdarzyło. Czy to, że nasze ścieżki lekko się rozeszły, przestały iść razem, a zaczęły obok siebie, często znacznie się rozgałęziając? Czy to przez moje straszliwe błędy (mało brakowało, żeby stały się nie do naprawienia) uciekasz coraz bardziej w swoją sztukę, a ja w swoje wymyślone światy?
Jedno jest pewne - zniknął gdzieś niezniszczalny pancerz chroniący nas przed syfem świata, stałyśmy się pozbawionymi muszli małżami rozpaczliwie próbującymi trzymać się dna, kiedy prądy i drapieżniki usilnie starają się porwać je w odmęty oceanu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz