Siedziałam w ostatniej ławce, tłumiąc w sobie śmiech, kiedy słuchałam bzdur wygadywanych przez kapłana (niektórym wydaje się, że mogą żyć bez boga - i patrzcie, jak marnie wygląda ich życie!). Przypomniały mi się dawne próby przekonania mnie przez byłego
Zresztą - śluby, śluby, śluby... co dobrego tak naprawdę z nich wynika? Ok... można wziąć wspólnie kredyt na mieszkanie (kredytom na mieszkanie mówię wielkie i stanowcze NIE), można wspólnie rozliczać się z podatków, dziedziczyć bez problemów i... w sumie na tym koniec. Mogę naliczyć trzy razy więcej minusów niż plusów. Zastanawiam się, czy ludzie naprawdę podejmują decyzje o takiej wadze aż tak nieroztropnie, czy po prostu ja jestem w jakiś sposób ślepa i nie dostrzegam tego miliona zalet płynących z zawarcia związku małżeńskiego? Czy może staję się po prostu zgorzkniałym stworzeniem wychodzącym z założenia, że każdy związek się kiedyś kończy, a po co zawracać sobie głowę papierami rozwodowymi?
z cyklu uważaj, bo napiszę to tylko raz i potem nie przyznam się już sama przed sobą:
Okropnie mieć świadomość, że jesteś gdzieś tam z nią, że nie wiem nawet, co się dzieje. Że może zmienisz zdanie. Zapomnisz. Albo że stanie się coś strasznego - w końcu kobiety (szczególnie takie, które nie mają nic do stracenia) stają się nieobliczalne.
Zagryzam nerwowo wargi i staram się nie myśleć.
Książka, książka, dajcie mi jakąś książkę, żebym mogła się w niej utopić i przestać się zadręczać.