Ostatnio zapadam się coraz głębiej i głębiej w swoją mizantropię. Popadam w izolację - wychodzę, kiedy trzeba i wolę czytać książkę, oglądać seriale i prowadzić wirtualne rozmowy, niż widywać ludzi z krwi i kości. Mam wrażenie, że kiedy już wypełzam ze swojej jamy, żeby się z kimś spotkać, robię to tylko po to, żeby nie dać się zapomnieć, dać się napatrzeć na swoją gębę i mieć poczucie, że może ktoś jednak czasem mnie lubi. Potem sama uciekam, zamykam się, chowam pod kołdrą w bezpiecznej przestrzeni swojego łóżka - a jednak nadal gdzieś z tylu głowy tłucze się przerażona i ogłupiała jak złapana w klosz lampy ćma myśl - oni i tak zapomną, wrócą do domu i zajmą się swoimi sprawami i nikt nie poświęci ani sekundy myśleniu o tobie - jesteś dla nich tak nieważna jak dziwny sen, który wydaje się ciekawy zaraz po przebudzeniu, ale po godzinie i tak już nic z niego nie pamiętasz.
Prawdopodobnie nawet wszystkie te wyjazdy - na Śląsk, do Bolkowa, do Warszawy - służą tak naprawdę tylko temu: udowodnić sobie, że istnieję i że ktoś mnie zapamięta. Udowodnić sobie, że istnieję, bo biorę udział w jakichś wydarzeniach i nic mnie nie omija.Udowodnić sobie, że istnieję, bo sama czasem nie jestem tego pewna.
Paradoksalnie chyba najbardziej boję się samotności. Może dlatego próbuję się do niej przyzwyczajać - żeby nie wydawała się już tak straszna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz