Czasem chodzą mi po głowie myśli. Myśli, które przeciętny człowiek uznałby pewnie za straszne i chore.
Myśli o zabijaniu. Nie takim zwykłym - żadnych strzałów w głowę, to byłoby za proste.
Noże. Igły. Miecze. Sztylety, tasaki, siekiery, topory, włócznie, kawałki szkła przecinające tętnice, krew na rękach, krew wszędzie. Igły wbijane przez oczy do mózgu, oczy wyjmowane z oczodołów łyżeczką, oczy przypalane wybielaczem, powieki sklejane szybkoschnącym klejem, powieki obcięte i oczy wystawione na wieczny żar słońca i suchość. Ileż ciekawych rzeczy można zrobić z oczami!
Ale o czym to ja... A, tak. Zabijanie.
Czasem wyobrażam sobie, jak otwieram czyjeś jeszcze żywe ciało i powoli zagłębiam rękę w gorące wnętrzności, czuję pulsowanie krwi w żyłach i bicie serca. W każdej chwili mogę zatrzymać jego rytm jednym ruchem i czuć, jak z ciała powoli ulatuje życie.
Czasem patrzę na całkiem obcego mi człowieka i zastanawiam się - a w jaki sposób zabiłabym jego? Jaka metoda byłaby najlepsza? Jaki sposób śmierci oddałby całą istotę tej osoby?
Czasem wydaje mi się, że pozbawienie kogoś życia i oddanie swojego w czyjeś ręce to ostateczny akt miłości. Największe oddanie, największe poświęcenie, największy dar zaufania. Proszę, oto moje serce, wbij w nie nóż, jeśli chcesz, poczuj moją krew na rękach kiedy we mnie wchodzisz - tylko wtedy będziesz miał mnie całą.
Czasem śni mi się, że faktycznie tak się staje. Budzę się wtedy z uczuciem niepokoju, ale też jakiegoś niedookreślonego spełnienia.
Czasem zastanawiam się, czy nie powinnam spróbować, jak to jest. W końcu jednak zawsze stwierdzam - nikt nie jest wart tego aktu z moich rąk.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz