czwartek, 16 maja 2013

Rituals of love in the passage of genocide

Czasem chodzą mi po głowie myśli. Myśli, które przeciętny człowiek uznałby pewnie za straszne i chore.
Myśli o zabijaniu. Nie takim zwykłym - żadnych strzałów w głowę, to byłoby za proste.
Noże. Igły. Miecze. Sztylety, tasaki, siekiery, topory, włócznie, kawałki szkła przecinające tętnice, krew na rękach, krew wszędzie. Igły wbijane przez oczy do mózgu, oczy wyjmowane z oczodołów łyżeczką, oczy przypalane wybielaczem, powieki sklejane szybkoschnącym klejem, powieki obcięte i oczy wystawione na wieczny żar słońca i suchość. Ileż ciekawych rzeczy można zrobić z oczami!
Ale o czym to ja... A, tak. Zabijanie.
Czasem wyobrażam sobie, jak otwieram czyjeś jeszcze żywe ciało i powoli zagłębiam rękę w gorące wnętrzności, czuję pulsowanie krwi w żyłach i bicie serca. W każdej chwili mogę zatrzymać jego rytm jednym ruchem i czuć, jak z ciała powoli ulatuje życie.
Czasem patrzę na całkiem obcego mi człowieka i zastanawiam się - a w jaki sposób zabiłabym jego? Jaka metoda byłaby najlepsza? Jaki sposób śmierci oddałby całą istotę tej osoby?
Czasem wydaje mi się, że pozbawienie kogoś życia i oddanie swojego w czyjeś ręce to ostateczny akt miłości. Największe oddanie, największe poświęcenie, największy dar zaufania. Proszę, oto moje serce, wbij w nie nóż, jeśli chcesz, poczuj moją krew na rękach kiedy we mnie wchodzisz - tylko wtedy będziesz miał mnie całą.
Czasem śni mi się, że faktycznie tak się staje. Budzę się wtedy z uczuciem niepokoju, ale też jakiegoś niedookreślonego spełnienia.
Czasem zastanawiam się, czy nie powinnam spróbować, jak to jest. W końcu jednak zawsze stwierdzam - nikt nie jest wart tego aktu z moich rąk.

środa, 15 maja 2013

Let the wind erase me

Ostatnio zapadam się coraz głębiej i głębiej w swoją mizantropię. Popadam w izolację - wychodzę, kiedy trzeba i wolę czytać książkę, oglądać seriale i prowadzić wirtualne rozmowy, niż widywać ludzi z krwi i kości. Mam wrażenie, że kiedy już wypełzam ze swojej jamy, żeby się z kimś spotkać, robię to tylko po to, żeby nie dać się zapomnieć, dać się napatrzeć na swoją gębę i mieć poczucie, że może ktoś jednak czasem mnie lubi. Potem sama uciekam, zamykam się, chowam pod kołdrą w bezpiecznej przestrzeni swojego łóżka - a jednak nadal gdzieś z tylu głowy tłucze się przerażona i ogłupiała jak złapana w klosz lampy ćma myśl - oni i tak zapomną, wrócą do domu i zajmą się swoimi sprawami i nikt nie poświęci ani sekundy myśleniu o tobie - jesteś dla nich tak nieważna jak dziwny sen, który wydaje się ciekawy zaraz po przebudzeniu, ale po godzinie i tak już nic z niego nie pamiętasz.
Prawdopodobnie nawet wszystkie te wyjazdy - na Śląsk, do Bolkowa, do Warszawy - służą tak naprawdę tylko temu: udowodnić sobie, że istnieję i że ktoś mnie zapamięta. Udowodnić sobie, że istnieję, bo biorę udział w jakichś wydarzeniach i nic mnie nie omija.Udowodnić sobie, że istnieję, bo sama czasem nie jestem tego pewna.
Paradoksalnie chyba najbardziej boję się samotności. Może dlatego próbuję się do niej przyzwyczajać - żeby nie wydawała się już tak straszna.

środa, 8 maja 2013

Querkraft

Męczący dzień, potrzebny masaż stóp, pleców, a najlepiej wszystkiego.
Skórzewo, Poznań, Skórzewo, Luboń, Poznań, Skórzewo... nawet postanowiłam wyjątkowo dać od siebie coś więcej niż niezbędne do przetrwania minimum.
Jestem zmęczona, ale jakoś tak dziwnie zadowolona z siebie - może w końcu jakiś trud się opłaci. Nawet stówa w dupę, którą zawdzięczam panom strażnikom wiejskim nie zepsuje mi humoru, co to to nie.
Piwo, kąpiel, do łóżka.
Tylko tego masażu brak.