wtorek, 12 listopada 2013

Brace yourselves

Nienawidzę zimy.
Budzę się i po czterech godzinach robi się ciemno. Nie zostało już nic z dnia - pozostaje tylko położyć się i czekać na śmierć.
Odechciewa się czegokolwiek.
Po letniej beztrosce pozostaje tylko odległe wspomnienie.
Bez ciepłych pocałunków słońca na mojej twarzy czuję się beznadziejnie samotnie.
Świat zamarza, a mimo to nadal nie jesteśmy w Krainie Lodu, w świecie logiki "tak-nie".
Nie można stwierdzić z całą pewnością: kocha albo nie kocha, chce albo nie chce, uda się albo nie uda się. Wiszę w przestrzeni rzeczy niedokonanych, tego, co może być, ale czego nie ma, miliony możliwości - żadna nie istnieje, dopóki nie stanie się teraźniejszością.

Nienawidzę zimy, naprawdę. Szczerze i z całego serca. Gdyby była osobą, znęcałabym się nad nią tak długo, aż nie miałabym pewności, że już nigdy nie wróci. Chyba brak możliwości uczynienia tego frustruje jeszcze bardziej.
Słońce - chyba jedyne, co kocham na tym świecie prawdziwie, bezapelacyjnie i całą sobą, znika. Będę trząść się z zimna w pełnej ludzi sali, a jednak samotnie, i wspominać czas, kiedy wszystko było obiecujące, słodkie i cudowne.

poniedziałek, 28 października 2013

Consolation

W związku z nadchodzącym "świętem" coraz bardziej (jak zresztą co roku w tym okresie) rzuca mi się przedziwny kult i przywiązanie do szczątek doczesnych.
Przyznam, że jest mi to całkowicie obce i zdaje się dziwacznym - ustają funkcje mózgu, koniec, nie ma człowieka. Tymczasem coraz częściej słyszę wokół siebie teksty o zafundowaniu dziadkowi nowego pomnika, bo stary taki brzydki, że aż wstyd, o przeniesieniu jakiemuś krewnemu grobu w lepszą (sic!) część cmentarza - jak również z drugiej strony o tym, gdzie kto chce zostać pochowany i co chce mieć napisane na nagrobku. Seriously?
Rozumiem (no dobra, prawie) oczywiście, że niektórzy wierzą w jakieś życie pozagrobowe, nieba, piekła, zombie zmartwychwstania - ale czy naprawdę ludziom wydaje się, że udręczona w piekle tudzież radująca się niebiańskimi rozkoszami dusza poświęci chociaż jedną myśl (czy można myśleć bez mózgu?) temu, gdzie spoczywają jej stare kości i rozkładające się mięso? Czy po dostąpieniu oświecenia takie przyziemne sprawy nadal mają znaczenie?
Samo ciśnie się na usta - to dla żywych ta cała szopka, dla pocieszenia, dla wytłumaczenia sobie tego, czego umysł nie ogarnia, dla zabłyśnięcia w oczach rodziny i sąsiadów. Na to wydawane są grube pieniądze - na wytwór fanaberii, na chęć pokazania się, na zagłuszenie wyrzutów sumienia - skoro byłem dla dziadka niedobry dla życia, to jebnę mu pomnik, niech ma.
Wracając jeszcze do wiary w zmartwychwstanie - podobno niektórzy katolicy są przeciwni kremacji, bo wtedy nie będą mogli zostać ożywieńcami. Czy jednak dla ich wszechmogącego boga to naprawdę taka wielka różnica, czy tworzy na nowo człowieka z prochów, czy dorabia na nowo tkanki do wysuszonych kości? Czy może umarli wstaną z grobów w tej właśnie postaci, w jakiej akurat się znajdują - jako nagie szkielety, gnijące mięso, zarobaczone resztki? Urocza wizja.

wtorek, 22 października 2013

Slowmotion apocalypse

Pamiętasz, jak byłyśmy (nie, nie użyję słowa "młode", nadal jesteśmy młode) już prawie dorosłymi nastolatkami o głowach wypełnionych najbardziej szalonymi marzeniami i pomysłami? Warszawa, Creazzo, Paryż, wszystko leżało u naszych stóp, chodziłyśmy po ulicach jak władczynie świata, złośliwie komentując rzeczywistość i wyśmiewając napotykane zjawiska. Zaglądałyśmy mijanym mężczyznom głęboko w oczy i wiedziałyśmy, że każdy może być nasz; rechotałyśmy, kiedy zapatrzeni na nas, speszeni tym wzrokiem potykali się o własne nogi. Byłyśmy niezniszczalne i dopóki byłyśmy razem, nic nie mogło nas dotknąć - nic, poza demonami tkwiącymi w nas samych, ale po to miałyśmy przecież siebie nawzajem.
A teraz zagryzamy zęby z frustracji i osuwamy się powoli coraz bardziej w nasze własne małe stany zawieszenia. Płaczemy, bo kochamy zbyt mocno, płaczemy, bo zżera nas ambicja zbyt wielka na nasze siły, płaczemy, bo coraz mniej rozumiemy, co dzieje się wokół i mimo że otoczone tysiącem ludźmi, mimo że nadal mające siebie nawzajem - z dnia na dzień stajemy się coraz bardziej samotne.
Trudno powiedzieć, co się tak naprawdę zdarzyło. Czy to, że nasze ścieżki lekko się rozeszły, przestały iść razem, a zaczęły obok siebie, często znacznie się rozgałęziając? Czy to przez moje straszliwe błędy (mało brakowało, żeby stały się nie do naprawienia) uciekasz coraz bardziej w swoją sztukę, a ja w swoje wymyślone światy?
Jedno jest pewne - zniknął gdzieś niezniszczalny pancerz chroniący nas przed syfem świata, stałyśmy się pozbawionymi muszli małżami rozpaczliwie próbującymi trzymać się dna, kiedy prądy i drapieżniki usilnie starają się porwać je w odmęty oceanu.