poniedziałek, 28 października 2013

Consolation

W związku z nadchodzącym "świętem" coraz bardziej (jak zresztą co roku w tym okresie) rzuca mi się przedziwny kult i przywiązanie do szczątek doczesnych.
Przyznam, że jest mi to całkowicie obce i zdaje się dziwacznym - ustają funkcje mózgu, koniec, nie ma człowieka. Tymczasem coraz częściej słyszę wokół siebie teksty o zafundowaniu dziadkowi nowego pomnika, bo stary taki brzydki, że aż wstyd, o przeniesieniu jakiemuś krewnemu grobu w lepszą (sic!) część cmentarza - jak również z drugiej strony o tym, gdzie kto chce zostać pochowany i co chce mieć napisane na nagrobku. Seriously?
Rozumiem (no dobra, prawie) oczywiście, że niektórzy wierzą w jakieś życie pozagrobowe, nieba, piekła, zombie zmartwychwstania - ale czy naprawdę ludziom wydaje się, że udręczona w piekle tudzież radująca się niebiańskimi rozkoszami dusza poświęci chociaż jedną myśl (czy można myśleć bez mózgu?) temu, gdzie spoczywają jej stare kości i rozkładające się mięso? Czy po dostąpieniu oświecenia takie przyziemne sprawy nadal mają znaczenie?
Samo ciśnie się na usta - to dla żywych ta cała szopka, dla pocieszenia, dla wytłumaczenia sobie tego, czego umysł nie ogarnia, dla zabłyśnięcia w oczach rodziny i sąsiadów. Na to wydawane są grube pieniądze - na wytwór fanaberii, na chęć pokazania się, na zagłuszenie wyrzutów sumienia - skoro byłem dla dziadka niedobry dla życia, to jebnę mu pomnik, niech ma.
Wracając jeszcze do wiary w zmartwychwstanie - podobno niektórzy katolicy są przeciwni kremacji, bo wtedy nie będą mogli zostać ożywieńcami. Czy jednak dla ich wszechmogącego boga to naprawdę taka wielka różnica, czy tworzy na nowo człowieka z prochów, czy dorabia na nowo tkanki do wysuszonych kości? Czy może umarli wstaną z grobów w tej właśnie postaci, w jakiej akurat się znajdują - jako nagie szkielety, gnijące mięso, zarobaczone resztki? Urocza wizja.

wtorek, 22 października 2013

Slowmotion apocalypse

Pamiętasz, jak byłyśmy (nie, nie użyję słowa "młode", nadal jesteśmy młode) już prawie dorosłymi nastolatkami o głowach wypełnionych najbardziej szalonymi marzeniami i pomysłami? Warszawa, Creazzo, Paryż, wszystko leżało u naszych stóp, chodziłyśmy po ulicach jak władczynie świata, złośliwie komentując rzeczywistość i wyśmiewając napotykane zjawiska. Zaglądałyśmy mijanym mężczyznom głęboko w oczy i wiedziałyśmy, że każdy może być nasz; rechotałyśmy, kiedy zapatrzeni na nas, speszeni tym wzrokiem potykali się o własne nogi. Byłyśmy niezniszczalne i dopóki byłyśmy razem, nic nie mogło nas dotknąć - nic, poza demonami tkwiącymi w nas samych, ale po to miałyśmy przecież siebie nawzajem.
A teraz zagryzamy zęby z frustracji i osuwamy się powoli coraz bardziej w nasze własne małe stany zawieszenia. Płaczemy, bo kochamy zbyt mocno, płaczemy, bo zżera nas ambicja zbyt wielka na nasze siły, płaczemy, bo coraz mniej rozumiemy, co dzieje się wokół i mimo że otoczone tysiącem ludźmi, mimo że nadal mające siebie nawzajem - z dnia na dzień stajemy się coraz bardziej samotne.
Trudno powiedzieć, co się tak naprawdę zdarzyło. Czy to, że nasze ścieżki lekko się rozeszły, przestały iść razem, a zaczęły obok siebie, często znacznie się rozgałęziając? Czy to przez moje straszliwe błędy (mało brakowało, żeby stały się nie do naprawienia) uciekasz coraz bardziej w swoją sztukę, a ja w swoje wymyślone światy?
Jedno jest pewne - zniknął gdzieś niezniszczalny pancerz chroniący nas przed syfem świata, stałyśmy się pozbawionymi muszli małżami rozpaczliwie próbującymi trzymać się dna, kiedy prądy i drapieżniki usilnie starają się porwać je w odmęty oceanu.

czwartek, 17 października 2013

The hardest to let go

Jestem straszna, jestem okropna, jestem podła.
Widzę, jaki wpływ to wszystko ma na Ciebie, a mimo to sama jeszcze Ci dokładam.

Nie mam z kim innym o tym porozmawiać, nie w taki sposób.
Ale postaram się powstrzymać. Miałam być małą iskierką radości, nie kolejnym jarzmem.

środa, 16 października 2013

czwartek, 10 października 2013

Bachelorette

Zastanawiałam się, skąd we mnie tyle lęku, nerwów, strachu i niepewności. Kiedyś byłam nietykalna - mogło się walić i palić, a ja pozostawałam niewzruszona niczym głaz - cokolwiek się nie działo, zawsze była na to gotowa odpowiedź: nie mam już na to wpływu, nie ma sensu się przejmować, chuj z tym.
 Doszłam do wniosku, że nie chcę do tego wracać. Było łatwiej, to prawda. Ale był to czas prawie całkowitej stagnacji - bawimy się i marnujemy czas. Umiałam pogodzić się z myślą, że mogę skończyć pod jakimś mostem z brudną igłą w żyle - w przypadku artystów to chyba nawet nikogo nie dziwi. Dryfując na morzu możliwości, dawałam się rzucać falom gdziekolwiekbądź, bez żadnego planu, bez żadnej kontroli.
Swoista rezygnacja, jakaś doza cynizmu - i tak się nie uda, marzenia się nie spełniają, po co się martwić.
Co stało się po drodze? Tak naprawdę nie mam pojęcia - pewnie był to jakiś proces, może konkretne wydarzenie. W efekcie każdy dzień to walka z nerwami i lękami.
Myślałam, że to straszne, ale... chyba wolę to niż popadanie w gnuśność i obojętność. Lęk jest znakiem, że mi zależy, lęk jest motywatorem, lęk jest mobilizacją.

Mam dla kogo stawać się doskonałą. Będę walczyć.