Adrenalina, kofeina, glukoza. Serce pompuje pobudzające substancje w szaleńczym tempie, tętno rośnie, puls przyspiesza. Czarne niebo, gwiazdy. Wokół drzewa.
Przejeżdżamy przez leżące w poprzek drogi sarnie truchło, zakrwawione i rozjechane już bóg-raczy-wiedzieć ile razy. Z mojego gardła wydobywa się cichy jęk, zakrywam usta dłonią.
Wyobrażam sobie, jak cząsteczki krwi wnikają w rowki między oponami, jak ciągniemy doczesne szczątki biednego zwierzęcia przez całą drogę do Poznania przyklejoną do kół, wżartą w podwozie.
Miałabym ochotę zatrzymać się, wysiąść i przyjrzeć się dobrze.
Miałabym ochotę tego nie widzieć.
Przez resztę trasy patrzę z odrobiną lęku na drogę, wyobrażając sobie, jak z lasu wyskakuje kolejne zwierzę, by zginąć tym razem pod naszymi kołami.
Zamykam oczy.
Wszechświat wydaje się tej nocy jakiś inny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz